Blog > Komentarze do wpisu
Nie ma to jak choroba.

Jakieś piętnaście minut temu napisałam posta, zadowolona z siebie, że mi się udało myśli do kupy poskładać, a tu zonk, bo blox postanowił pokazać mi środkowy palec i wysypał się, gdy zapisywałam mój wytwór na blogu. Nigdy mi się nie zdarzyło, więc nie pisałam tego w notatniku czy czymś takim. No i przepadło. Więc teraz spróbuję raz jeszcze, tym razem mądrzejsza o to, by zrobić kopię zanim kliknę "publikuj".

Tytułowa choroba dopadła mnie po wspaniałym i udanym babskim wieczorze w ubiegły piątek. Co prawda impreza była przednia, a i kolejnych kilka dni nie wróżyło nic złego poza odrobiną zakwasów, poniedziałek pokazał mi rogi i zaczęło się. Zapalenie gardła, katar, obolałe mięśnie i mózg, który działał jak piętnastoletni komputer ;) Dzisiaj działa jak powiedzmy pięciolatek, więc źle nie jest, ale nie jest też jeszcze dobrze.

Chorobie uległam kompletnie jednak dopiero wczoraj, robiąc sobie dzień wolny, bo nie mogłam już ani na siebie patrzeć z czerwonym nosem, ani ryzykować zarażenia wszystkich dookoła. Spędziłam więc spokojny dzień w domu, zabunkrowana i z zamiarem nie wychodzenia z domu do poniedziałku, którego na razie się trzymam.

Plus całej sytuacji to to, że nie czułam poczucia winy, gdy spędzałam każdą wolną chwilę dłubiąc i ćwicząc lutowanie, dowodem czego jest tona kawałków wymęczonej blachy - udaje mi się to bowiem średnio, czym obwiniam palnik i jego chyba zbyt niską temperaturę. Ale dojdę do perfekcji w końcu na pewno w ten czy w inny sposób, nie mam zamiaru się poddawać ;) I chociaż moje pozostałe zainteresowania ucierpiały mocno - doba ma jednak tylko 24 godziny, z czego jako chora osoba przesypiam jakieś 12 co najmniej - powstały dwa twory w tym tygodniu, więc je teraz, wraz z ubiegłotygodniowymi prezentuję, w kolejności chronologicznej mniej więcej :)

 

Najpierw kiepska próba lutowania, w sumie pierwsza, a nieudana, bo lutu za dużo, ale efekt i tak mi się podoba. I nie, w fazie zabawy z lutownicą kształt był kompletnie przypadkowy, dopiero skończony wyszedł jak coś oko-podobnego i tak też skończył :)

 

Potem wprawka w drucikach, bo wpadł mi w łapki płaski drut miedziany. Nie jest idealnie, ale też lubię - ponad rok przerwy w używaniu narzędzi ewidentnie zrobił swoje z wprawą w ich posługiwaniu się :) Plus pierwsze zoksydowane dzieło.

 

Ostatnia, ukończona wczoraj, wprawka w lutowanie i drucikach, to pierwsze kompletnie nie udane, to drugie - podoba się mi bardzo. Oksyda też dodaje uroku.

 

I na koniec, chociaż zrobiona przed tym powyższym zabawa w drucik, ale że posrebrzany jak to u mnie, to bez oksydy na razie, bo nie wiem, czy za ciemne nie będzie, a nie da się przetrzeć ładnie, by wydobyć jaśniejsze tony, bo się warstwa posrebrzenia ściera :) Tak, testowałam na kawałku drutu zanim podjęłam decyzję ;) Ale może się jeszcze z czasem skuszę. Ryzyk-fizyk jak to kiedyś mawiano...

 

Pozdrawiam ciepło i uciekam do gorącego kubka z sokiem malinowym i rozważań na temat tego, co zrobić, by lutowanie się udawało nie tylko na drobnych elementach ;)

sobota, 14 lutego 2015, druciarnia

Polecane wpisy