Blog > Komentarze do wpisu
I znów żabim skokiem przez czas...

Gdy w życiu przychodzą zmiany, najczęściej idą hurtem, zwłaszcza, jak się jest tak niepoprawnym człowiekiem jak ja. Innymi słowy, zamiast wszystko brać 'one at a time', rzuciłam się szaleńczo w wir wydarzeń, które dopiero niedawno pozwoliły mi na odrobinę wytchnienia. Nie trudno zgadnąć, że przeprowadzka i ślub wykonywane w odstępie kilkudniowym i to w dodatku tuż przed tak długimi świętami, jak Wielkanoc, to nie najlepszy pomysł nawet dla ludzi mocno zorganizowanych (do których, nota bene, nie należę). Ale, powiedziało się 'a', trzeba było powiedzieć 'aaaa', zwane inaczej 'b'.

Pakowanie się, gdy ma się w domu kota i kilka gryzoni, a do tego wizytującą Mamę jest nad wyraz ciekawym (inaczej) doświadczeniem, zwłaszcza, że ze środy zrobił się wtorek, a potem czwartek, ale tydzień wcześniej. Szczęście było takie, że umowa za mieszkanie, to drugie, była już podpisana, więc te zmiany nie biły przesadnie po oczach, kieszeniach i palcach (zmęczonych od dźwigania pakunków, wiązania sznurków i obgryzania z nerwów, bo ślub za pasem).

Ledwie rzeczy zostały przewiezione, a już musiało się odbyć stresujące dla mnie (i nie tylko) spotkanie przyszłych teściów z moją Rodzicielką. Poszło dość sprawnie, chociaż i tak sen z powiek spędzało mi przybycie Taty, który ma cięty język i specyficzne poczucie humoru :P Ale i to dało się przeżyć. Czas do soboty minął szybko, bo ciągle mi i Młodemu zawracał cztery litery. Ot, nie żebym była niewdzięczna. Ja po prostu cały ten szum, hałas, tłumy i wymóg uśmiechania się w ładnej kiecce i butach na obcasie uznaję za zbędny i wręcz przeszkadzający w rozpoczęciu szczęśliwej, nowej drogi. Tak już mam od lat i fakt faktem, mój Mężuś miał wielkie szczęście, że się dałam urobić i powiedziałam to niewyraźne tak ;)

Czym się pochwalić muszę, to faktem tego, że podczas powtarzania tych najważniejszych słów popłakałam się ze śmiechu, zdecydowanie zaburzając standardowy przebieg 'uroczystości'. Potem było już tylko męcząco - zdjęcia, uśmiechanie się, zdjęcia, jedzenie, siedzenie, jedzenie, zdjęcia, uśmiechanie się... Pobudka o 5 rano (bo przecież zmiana czasu była) zdecydowanie jednak podziałała na mnie orzeźwiająco (uparłam się, że pożegnam się z Chrzestnym, który ruszał z żoną w drogę powrotną o barbarzyńskiej, nieludzkiej porze - czyli godzinie 7 rano). Oczywiście, zdziwieniom nie było końca, bo jakże to, Młodzi tak wcześnie wstali ;) Ale wstali i wcale nie mieli zbyt wiele przeciwko. No, przynajmniej ja.

A potem były święta. Długie, pracowite, z przeszkodami typu trzy przesiadki, by wrócić od moich Rodziców do Naszego nowego gniazdka, czyli nie najgorszej najętej kawalerki (mieszkanie jest ok, tylko ja mam już chyba dość mieszkania na wynajętym, ale na własne jeszcze nie zarobiłam ;)).

Dopiero po dłuższej przerwie, w okolicach 10 kwietnia znalazłam czas na to, by w ogóle przypomnieć sobie, że ja próbuję jakiś biznes rozkręcić. Zanim jednak ochłonęłam po emocjach (głównie irytacji i rozbawienia z samej siebie), minęło kolejnych kilka dni nim zasiadłam do jakiejkolwiek sensownej pracy.

Dzisiaj, miesiąc się kończy, powoli wracam do normalnego rytmu, chociaż zdecydowanie za wolno i ze zbyt dużym leniem. Owocem tego jest kilka nowych kompletów i zawieszek, które są mniej lub bardziej udane, ale tak to jest, jak się błądzi w poszukiwaniu inspiracji, własnego stylu i o zgrozo - własnego ja (tym razem w kontekście nie-firmowo-biżuteryjnym). Dla tych, co zaglądną, małe co nieco - czyli jedna zawieszka, która nadal (po kilku dniach) mi się podoba i jestem w stosunku do niej odrobinę bezkrytyczna.

Zawieszka 'U źródła'

czwartek, 29 kwietnia 2010, druciarnia

Polecane wpisy